Tłumaczenie: Jakub Juszczak
Z perspektywy amerykańskich obserwatorów, Polska może wydawać się przykładem udanej transformacji politycznej. Kraj, który w 1989 r. zrzucił jarzmo komunizmu, potem następnie przeszedł na system rynkowy, a w roku 2026 uplasował się na 20. miejscu wśród największych gospodarek świata. Jednak ponad 30 lat po upadku żelaznej kurtyny nad Wisłą budzą się demony tyranii państwa. Tym razem zagrożenie dla wolności nie pochodzi jak poprzednio od wschodniego sąsiada, ale od lokalnych samorządów. W niektórych miastach wprowadza się zakazy sprzedaży alkoholu przez sklepy w nocy. Pod pozorem troski o zdrowie wprowadza się regulacje, które w rzeczywistości ograniczają swobodę konsumentów i szkodzą małym przedsiębiorstwom.
W Stanach Zjednoczonych historia prohibicji z lat 20. XX wieku jest powszechnie znana jako bolesna lekcja pokazująca, że dobre intencje często przynoszą odwrotny skutek. Amerykanie doskonale pamiętają, że wprowadzenie 18. poprawki do konstytucji nie powstrzymało ludzi przed piciem alkoholu. Zamiast tego spowodowało to przeniesienie handlu alkoholem do podziemia. Podczas gdy wysokiej jakości alkohole były przemycane z Karaibów, Europy lub Kanady dla tych, którzy mogli sobie na to pozwolić, wielu Amerykanów zaczęło spożywać niebezpieczny alkohol niższej jakości, destylowany nielegalnie w Stanach Zjednoczonych. W przeciwieństwie do towarów importowanych, krajowy „bimber” był często zanieczyszczony lub produkowany z wykorzystaniem alkoholu technicznego, co doprowadziło do kilku tysięcy zatruć śmiertelnych.
Dystrybucją alkoholu zajęły się grupy przestępcze, a na szczyt kariery wspięły się takie „osobistości” jak Al Capone. Po 13 latach zarówno obywatele, jak i władze mieli już dosyć prohibicji. Chociaż w pierwszych latach spożycie alkoholu znacznie spadło, ostatecznie wzrosło wraz z rozwojem czarnego rynku, a wskaźniki przestępczości gwałtownie wzrosły. Gangsterów zastąpili mafiozi, a przestępczość zorganizowana rozkwitła. Aby zwalczać szerzącą się mafię, utworzono nową agencję rządową: Federalne Biuro Śledcze, powszechnie znane jako FBI. W rezultacie tych wydarzeń 21. poprawka do konstytucji zniosła zakaz sprzedaży alkoholu.
Rzeczywistość rynkowa okazała się silniejsza niż wola biurokracji, a prohibicja stała się symbolem nieudolności interwencji państwa. Wydaje się jednak, że polscy lokalni politycy przespały część lekcji historii. W wielu polskich miastach, w tym w Krakowie, Poznaniu, Gdańsku, a ostatnio także w Warszawie, wprowadza się nocny zakaz sprzedaży alkoholu między godziną 22:00 lub 23:00 a 6:00 rano. Zakaz dotyczy sklepów posiadających zezwolenia, które są otwarte w nocy, ale nie barów, klubów i restauracji. Należy zauważyć, że sprzedaż alkoholu w nocy już teraz wymaga specjalnego zezwolenia i spełnienia określonych wymagań dot. bezpieczeństwa[1].
Dawid kontra Goliat w mroku biurokratycznej machiny
Na pierwszy rzut oka wspomniany zakaz może wydawać się typowym środkiem regulacyjnym mającym na celu poprawę bezpieczeństwa i porządku w mieście, zapobieganie zakłóceniom spokoju w nocy lub zakaz spożywania alkoholu w niektórych miejscach. Jednak diabeł tkwi w szczegółach. Kogo naprawdę dotyczy ta regulacja?
W Polsce rynek alkoholu jest podzielony na dwa odrębne segmenty. Z jednej strony mamy duże międzynarodowe supermarkety i sieci dyskontowe, które zazwyczaj zamykane są o godz. 22:00 lub 23:00. Z drugiej strony istnieje tysiące małych sklepików osiedlowych, często prowadzonych jako rodzinny biznes, których jedyną przewagą konkurencyjną nad gigantami jest lokalizacja i godziny otwarcia do późnych godzin nocnych. Klienci, którzy planują spożywać alkohol, oczywiście kupują go w normalnie otwartym sklepie, aby nie przepłacać w droższym sklepie nocnym. Do sklepu nocnego udają się, gdy podczas imprezy skończy się alkohol lub gdy pojawia się nieoczekiwana okazja do spożycia alkoholu, np. niezapowiedziana wizyta znajomego. Doświadczenie życiowe pokazuje, że w obu tych sytuacjach trudno jest powstrzymać klienta przed dokonaniem zakupu. Dlatego popyt na usługi sklepów nocnych nie zniknie wraz z ich zamknięciem. Pytanie brzmi: gdzie zostanie on zaspokojony?
Liczba klientów odwiedzających bary i restauracje może wzrosnąć, ponieważ planowany zakaz nie obejmuje tych lokali. Istnieje również prawdopodobieństwo, że klienci zostaną przyciągnięci do „szarej strefy”. W Polsce, podobnie jak w pozostałych częściach świata, rynek usług dostawczych przeżywa rozkwit. Aplikacje takie jak Lisek potrafią dostarczyć codzienne zakupy w kilkanaście minut, a w ramach obowiązujących przepisów mają w ofercie również alkohol. rzeba jednak wyraźnie zaznaczyć, że firmy te działają zgodnie z prawem i w ściśle określonych godzinach — same podlegają bowiem nocnym ograniczeniom sprzedaży alkoholu. Nie omijają więc zakazu, lecz po prostu odpowiadają na realne zapotrzebowanie klientów w ciągu dnia. I właśnie w tym tkwi sedno problemu: nocny popyt nie znika wraz z zamknięciem osiedlowego sklepu.
Zdeterminowany klient, który zostaje odprawiony przez zamknięte drzwi lokalnego sklepu, następnym razem będzie pamiętał, aby udać się na zakupy wcześniej do dyskontu lub zamówić alkohol z dostawą pod same drzwi. W ten sposób przepisy rzekomo promujące zdrowie stają się prezentem dla międzynarodowych platform dostawczych. Jedynymi przegranymi są małe firmy i konsumenci, którzy będą płacić więcej, aby pokryć koszty dostawy. Znacznie trudniej jest zarządzać rozproszoną, mobilną siecią sprzedaży niż stacjonarnym sklepem. Jeśli ekscesy, które niewątpliwie mają miejsce w bezpośrednim sąsiedztwie nocnych sklepów, przeniosą się do parków i ciemnych zaułków, to nie przyniesie to żadnych korzyści dla bezpieczeństwa publicznego. Istnieją już środki pozwalające radzić sobie z niebezpieczeństwami i zakłóceniami porządku publicznego związanymi ze sprzedażą alkoholu.
Zgodnie z prawem gmina może cofnąć zezwolenie na sprzedaż alkoholu, jeśli w ciągu sześciu miesięcy doszło do co najmniej dwóch naruszeń przepisów w punkcie sprzedaży, takich jak nocne zakłócanie spokoju, wandalizm lub sprzedaż alkoholu nieletnim. Tym bardziej zaskakujące jest to, że zamiast karać konkretne miejsca, w których faktycznie dochodzi do problemów, władze wolą stosować zasadę zbiorowej odpowiedzialności. Jest to tym dziwniejsze, że głośne incydenty mają zazwyczaj miejsce w centrach miast, które są zatłoczone turystami i miłośnikami nocnego życia. W dzielnicach mieszkalnych i na przedmieściach problemy praktycznie nie występują. Tam lokalne sklepy generują minimalny hałas i obsługują głównie mieszkańców, którzy chcą zaopatrzyć się na domową imprezę.
Gra o tron… i zezwolenia
Aby zrozumieć, kto czerpie korzyści z nocnego zakazu, należy przyjrzeć się szczegółom polskiego prawa. W każdej polskiej gminie liczba punktów sprzedaży alkoholu jest ściśle ograniczona uchwałami rady gminy. Oznacza to, że jeśli limit zostanie wyczerpany, to aby ktoś mógł uzyskać zezwolenie, inny sklep musi ją zwolnić.
Weźmy na przykład Warszawę. Zgodnie z oficjalną uchwałą rady miasta maksymalna liczba zezwoleń na sprzedaż detaliczną alkoholu wynosi 8560. Radni miejscy podkreślają, że limit ten jest obecnie prawie wyczerpany.
W stolicy działa 397 małych sklepików osiedlowych, które są otwarte w nocy. Upadek małych sklepów spowoduje zwolnienie prawie 400 zezwoleń, które prawdopodobnie natychmiast przejmą franczyzobiorcy dużych sieci handlowych. Dzieje się tak, ponieważ każda sieć chce zwiększyć gęstość swoich punktów sprzedaży detalicznej. W ten sposób, pod pozorem walki o trzeźwość, korporacje przejmują rynek od małych przedsiębiorstw.
Powrót szarej strefy
Prohibicja to najszybszy sposób dla drobnych przestępców by urosnąć do rozmiarów zorgranizowanej grupy przestępczej. Przed 1920 r. rola Al Capone w przestępczym półświatku ograniczała się do funkcji ochroniarza w drugorzędnych barach i domach publicznych, gdzie za niewielką opłatą pobierał haracz od drobnych dłużników. Po wprowadzeniu prohibicji rozpoczął nielegalną produkcję alkoholu w piwnicach i tajnych magazynach. Zyski z przemytu stały się tak ogromne, że pozwoliły gangom z Chicago przekształcić się w potężne, zorganizowane syndykaty zdolne do przekupywania sędzów, policji i polityków. Nielegalna dystrybucja przyniosła temu zwykłemu bandycie tak wielkie bogactwo, że jego majątek szacowano wówczas na 100 milionów dolarów[2].
Amerykańskie doświadczenia z czasów prohibicji pokazują, że jeśli zamkniemy legalne sklepy, rynek nie zniknie, a po prostu przeniesie się do podziemia. Oznaki tego zjawiska są już widoczne w Polsce. W miastach, które eksperymentowały z prohibicją, jak Kartuzy i Biała Podlaska, pomysł ten szybko porzucono. Problemy nie zniknęły, a jedynie przeniosły się w inne miejsca — do nielegalnych melin, prywatnych mieszkań lub sąsiednich gmin.
Spirala absurdów
Zwolennicy zakazów twierdzą, że Polacy piją za dużo i trzeba ich przed tym powstrzymać, ale dane nie potwierdzają istnienia problemu. Spożycie alkoholu w Polsce spada od 5 lat. Wprowadzanie drastycznych zakazów w momencie, gdy rynek sam się reguluje w dół, a trend zdrowego stylu życia (tzw. trend „NoLo” – no lub low alcohol) zyskuje na popularności, wydaje się nie tylko niepotrzebne, ale wręcz idiotyczne.
Tworzenie przepisów, które karzą uczciwych przedsiębiorców, a nagradzają przestępców i duże korporacje, jest sprzeczne z ideą wolnego rynku, którą Polska realizuje od dziesięcioleci. Zakaz sprzedaży alkoholu w nocy to nie tylko kwestia tego, czy można kupić piwo o północy, ale także tego, czy w ogóle można kupić piwo. Stwarza to niebezpieczny precedens, w którym interwencjonistyczne tendencje państwa przeważają nad zdrowym rozsądkiem i poszanowaniem swobody handlu.
W tłumaczeniu uwzględniono korekty autora precyzujące kontekst prawny.
Źródło ilustracji: pixabay
