Autor: Alicja Sielska
Choć Polska od lat nie należy do światowej czołówki piłkarskiej, miliony kibiców wciąż śledzą mecze naszej reprezentacji. Gdyby wartość sportowego widowiska zależała wyłącznie od jakości gry, oglądalibyśmy raczej mecze czołowych lig europejskich czy topowych reprezentacji narodowych niż kolejne występy Biało-Czerwonych. Dlaczego więc piłka nożna pozostaje sportem narodowym? I co odpowiedź na to pytanie mówi nam o milionowych kontraktach piłkarzy, niższych zarobkach piłkarek i sporach o dyskryminację w sporcie?
Reprezentacja Polski siatkarzy niemal z każdej większej imprezy wraca z medalem. W 2022 roku polscy koszykarze zajęli czwarte miejsce na mistrzostwach Europy, osiągając najlepszy wynik od dekad. W latach 2007–2016 przeżywaliśmy złoty okres piłki ręcznej. Lekkoatletyka regularnie dostarcza Polsce medali olimpijskich. Bartosz Zmarzlik sześciokrotnie zdobył indywidualne mistrzostwo świata na żużlu, wyrównując rekord wszech czasów — a wciąż nie powiedział ostatniego słowa. Tymczasem największe sukcesy polskiej piłki nożnej pozostają wspomnieniem sprzed ponad czterdziestu lat. Wówczas dwukrotnie zajmowaliśmy trzecie miejsce na mistrzostwach świata oraz triumfowaliśmy w igrzyskach olimpijskich, a polskie kluby regularnie rywalizowały z najlepszymi europejskimi drużynami w rozgrywkach pucharowych. Jednak to nie lekkoatleci, siatkarze czy żużlowcy przyciągają największe pieniądze, kontrakty sponsorskie i uwagę mediów. Dlaczego?
Menger na stadionie
Założyciel szkoły austriackiej Carl Menger ponad 150 lat temu zwrócił uwagę na pozornie prostą, ale rewolucyjną prawdę: wartość nie tkwi w rzeczach ani w ilości pracy potrzebnej do ich wytworzenia. Powstaje ona w umysłach ludzi. To spostrzeżenie pozwoliło rozwiązać jeden z najstarszych problemów ekonomii — paradoks wody i diamentów.
Już Adam Smith zastanawiał się, dlaczego woda, bez której nie możemy żyć, jest zazwyczaj znacznie tańsza od diamentów, które są jedynie luksusowym dodatkiem. Gdyby wartość zależała od obiektywnej użyteczności dobra, sytuacja ta wydawałaby się absurdalna. Menger zauważył jednak, że ludzie nie wybierają między całą dostępną na świecie wodą a wszystkimi diamentami. W rzeczywistości dokonują wyboru między konkretnymi jednostkami dóbr. Dodatkowa szklanka wody, jeżeli nie jesteśmy na pustyni, ma niewielką wartość, gdyż jest jej pod dostatkiem. Zupełnie inaczej jest z diamentami, które są znacznie rzadsze. Tym samym dodatkowy diament jest ceniony bardziej niż dodatkowa szklanka wody.
Wartość nie zależy więc od znaczenia przypisywanego całej kategorii dobra, lecz od użyteczności konkretnej jednostki dobra w danych okolicznościach, co ekonomiści nazywają użytecznością krańcową. Podobnie jest ze sportem. Polscy kibice piłki nożnej od lat żyją nadzieją, że „już za cztery lata” nadejdzie przełom. Tymczasem rzeczywistość bywa brutalna. Mimo to zainteresowanie reprezentacją nie słabnie. To pozornie irracjonalne zachowanie pokazuje coś bardzo ważnego. Wartość sportowego widowiska nie zależy wyłącznie od jego jakości. Kibice nie oglądają meczu tylko po to, by podziwiać technikę piłkarzy czy taktykę opracowaną przez sztab trenerski. Oglądają go również dlatego, że utożsamiają się z drużyną, przeżywają emocje i chcą uczestniczyć w czymś wspólnym.
Gdyby wartość była obiektywną cechą produktu, wszyscy ludzie ceniliby te same dyscypliny i tych samych sportowców. Jednak dla wielu Polaków większą wartość ma kolejny mecz reprezentacji piłkarskiej niż następny medal olimpijski albo mistrzostwo w innej dyscyplinie.
To właśnie miał na myśli Menger. Wartość nie tkwi w samym meczu, w podziwie dla zawodnika, medalu czy sukcesie sportowym. Powstaje w umysłach ludzi. A skoro wartość zależy od ocen i preferencji kibiców, a nie od liczby zdobytych medali, łatwiej zrozumieć również, dlaczego jedni sportowcy zarabiają miliony, podczas gdy inni nie.

Dlaczego piłkarze zarabiają więcej od lekarzy?
Przez znaczną część XIX wieku wielu ekonomistów, a później także Karol Marks, tłumaczyło wartość dóbr ilością pracy potrzebnej do ich wytworzenia — jest to tzw. laborystyczna teoria wartości. Gdyby jednak wartość faktycznie zależała od liczby przepracowanych godzin, najbogatsi byliby ci, którzy najdłużej pracują. Tymczasem rzeczywistość wygląda inaczej. Wielu lekarzy, pielęgniarek czy przedsiębiorców pracuje więcej godzin niż zawodowi sportowcy, a mimo to zarabia mniej. Sama ilość pracy nie wystarcza więc do wyjaśnienia wynagrodzeń.
Co więcej, sponsorzy nie płacą za liczbę przebiegniętych kilometrów. Płacą za uwagę milionów widzów. I tu pojawia się kluczowa idea „suwerennego konsumenta”, który według Ludwiga von Misesa ma największą władzę w gospodarce i ustala dochody wszystkich uczestników rynku. To on ostatecznie decyduje, które produkty, usługi i widowiska odniosą sukces, a które znikną z rynku.
Dobrze ilustruje to przykład Roberta Lewandowskiego. Nawet po przekroczeniu 35. roku życia należał on do grupy najlepiej opłacanych piłkarzy świata. Nie dlatego, że był najszybszym zawodnikiem na boisku ani dlatego, że trenował więcej od wszystkich innych sportowców. Miliony kibiców nadal chciały oglądać jego grę, kupować koszulki z jego nazwiskiem i śledzić występy drużyn, w których występował. To właśnie zainteresowanie konsumentów przekładało się na wartość rynkową tego sportowca.
Tak, lekarze ratują nasze życie, a zarabiają mniej niż najlepsi piłkarze. Nie oznacza to, że Robert Lewandowski jest moralnie ważniejszy od kardiochirurga. Były zawodnik FC Barcelony zarabia miliony euro, bo miliony ludzi na całym świecie gotowych jest oglądać jego występy.
Kolejna kwestia to prawo podaży i popytu. Najlepszych lekarzy jest stosunkowo niewielu, ale najlepszych piłkarzy zdolnych występować na poziomie światowym jest jeszcze mniej. W każdym kraju tysiące młodych ludzi marzy o zawodowej karierze sportowej. Tylko nieliczni trafiają do najlepszych lig, a zaledwie garstka staje się gwiazdami rozpoznawalnymi na całym świecie.
Pensje sportowców nie są więc nagrodą za wysiłek ani medalami za zasługi. Są rezultatem ocen dokonywanych przez kibiców oraz relacji między popytem na dane widowisko a rzadkością talentów zdolnych je tworzyć. W ten sposób przechodzimy do kolejnej kwestii.
Dyskryminacja piłkarek — fakt czy mit?
To jedno z najgorętszych pytań współczesnego sportu. Dla wielu osób różnice między zarobkami piłkarzy i piłkarek stanowią oczywisty dowód istnienia zjawiska dyskryminacji. Z perspektywy ekonomicznej sprawa jest jednak bardziej złożona.
Eugen von Böhm-Bawerk zwracał uwagę, że wartość nie płynie od pracy do produktu, lecz odwrotnie. Najpierw konsumenci nadają wartość produktowi końcowemu, a dopiero później wyceniane są zasoby potrzebne do jego wytworzenia w ramach procesu rynkowego. W sporcie oznacza to, że wysokie wynagrodzenia piłkarzy nie tworzą wartości widowiska. To popularność widowiska sprawia, że wysoko wyceniani są piłkarze.
W przypadku piłki nożnej, jak już zostało wspomniane, kibice nadają wartość danym rozgrywkom — czy to ligowym, czy pucharowym — zaś dopiero później wyceniane są wszystkie zasoby potrzebne do ich organizacji i realizacji, tj. praca zawodników, trenerów, infrastruktura, prawa transmisji telewizyjnych oraz powierzchnie reklamowe.
Dlatego ekonomista zapyta najpierw: ilu widzów ogląda dane rozgrywki? Jakie generują one przychody? Jakie są kontrakty telewizyjne i sponsorskie? Jeżeli zatem różnice wynagrodzeń pomiędzy piłkarzami i piłkarkami wynikają z różnic w zainteresowaniu kibiców i związanych z tym przychodach, sama obserwacja nierównych zarobków nie wystarcza do stwierdzenia dyskryminacji.
Czego nie widać na stadionie?
Francuski ekonomista Frédéric Bastiat pisał o różnicy między tym, „co widać”, a tym, „czego nie widać” w działaniu ekonomicznym. W sporcie widać przede wszystkim wysokie umowy. Widzimy piłkarza podpisującego wielomilionowy kontrakt gwarantujący luksusowy styl życia oraz klub dokonujący rekordowego transferu. Nie widzimy jednak milionów indywidualnych decyzji, które umożliwiły ich powstanie. Nie widać kibiców kupujących abonamenty, sponsorów walczących o uwagę widzów, tysięcy zawodników, którzy nie osiągnęli sukcesu, ryzyka ponoszonego przez kluby czy kosztów organizacji rozgrywek. Koncentrując się wyłącznie na końcowym efekcie, łatwo przeoczyć cały proces, który do niego doprowadził.
Nie widać również pracy czujnych skautów i menedżerów, którzy próbują odkrywać przyszłe gwiazdy sportu. Izrael Kirzner zwracał uwagę, że rolą przedsiębiorcy jest dostrzeganie szans, których inni jeszcze nie zauważyli. Kluby sportowe działają podobnie. Ich zadaniem jest odnajdywanie talentów wcześniej niż konkurenci. Gdy mało znany nastolatek zostaje kupiony za niewielką kwotę, a kilka lat później trafia do największych klubów świata za duże kwoty, mamy do czynienia z klasycznym procesem przedsiębiorczego odkrywania.
Friedrich Hayek, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii, zwracał uwagę, że wiedza potrzebna do podejmowania decyzji gospodarczych jest rozproszona pomiędzy miliony ludzi. Żaden minister sportu, działacz FIFA czy właściciel klubu nie wie tyle, ile wie rynek jako całość. Każdy kibic posiada jedynie niewielki fragment tej wiedzy.
Widać to doskonale właśnie na przykładzie skautingu. Skauci podróżują po całym świecie, obserwują mecze młodzieżowe, analizują statystyki i przygotowują raporty o zawodnikach. Trenerzy oceniają, czy dany piłkarz pasuje do stylu gry drużyny. Dyrektorzy sportowi porównują potencjalne korzyści z kosztami transferu. Sponsorzy analizują popularność zawodników, a stacje telewizyjne — zainteresowanie kibiców. Nikt nie posiada pełnej wiedzy o przyszłości sportowca. Każda z tych osób dysponuje jedynie niewielkim fragmentem informacji.
To właśnie miał na myśli Hayek. Wiedza nie znajduje się w jednym miejscu ani w głowie jednego eksperta. Jest rozproszona pomiędzy tysiące ludzi. Dopiero połączenie tych rozproszonych informacji pozwala klubom odkrywać przyszłe gwiazdy, podejmować decyzje transferowe i wyceniać talent zawodników.
Czy rynek jest sprawiedliwy?
W tym miejscu można zadać pytanie: dobrze, ale czy taki system jest sprawiedliwy? Zadaniem ekonomii nie jest ocena, co jest dobre, a co złe, ale wyjaśnienie, jak działają procesy społeczne i gospodarcze.
Wynagrodzenia nie są przyznawane według moralnych zasług. Najwięcej zarabiają nie ci, którzy najwięcej pracują, są najbardziej potrzebni albo zdobywają medale. Dobra i usługi są wyceniane przez indywidualne decyzje ludzi. Jest to najbardziej demokratyczny system z możliwych, ponieważ to my codziennie „głosujemy” swoimi decyzjami i pieniędzmi.
Mistrzostwa świata jako lekcja ekonomii
Mistrzostwa świata można bez wątpienia potraktować jako fascynujące laboratorium ekonomiczne. Pokazują one, że wartość nie jest obiektywną cechą rzeczy, lecz wynika z subiektywnych ocen dokonywanych przez miliony ludzi. To właśnie dlatego piłka nożna pozostaje najpopularniejszym sportem w Polsce, mimo że największe sukcesy odnoszą dziś przedstawiciele innych dyscyplin. Pokazują również, dlaczego jedni sportowcy zarabiają miliony, a inni — mimo ciężkiej pracy, talentu i poświęcenia — otrzymują znacznie mniej.
Być może właśnie dlatego ekonomia zaczyna się tam, gdzie kończą się proste odpowiedzi. Na pierwszy rzut oka trudno zrozumieć, dlaczego przeciętny mecz reprezentacji Polski przyciąga większą uwagę niż kolejny medal olimpijski polskiego lekkoatlety. Jeszcze trudniej zrozumieć, dlaczego piłkarze zarabiają więcej niż lekarze.
Carl Menger odpowiedziałby jednak, że oba zjawiska mają to samo źródło — wartość nie tkwi ani w medalu, ani w godzinach pracy, ani nawet w samym meczu. Ostatecznie o wartości decydują ludzie i ich wybory.
Źródło ilustracji: Pixabay
