W ciągu najbliższych dni w Europie tysiące ludzi, których śmierci można byłoby łatwo i tanio zapobiec umrą. To efekt trwającej fali upałów, która każdego roku w Europie przyczynia się do śmierci dziesiątek tysięcy ludzi. Co gorsza większość tych zgonów to efekt wyboru: rezygnacji ze znanej od 100 lat technologii skutecznie chroniącej przed gorącem.
Niemal cały wysiłek tysięcy komentatorów, aktywistów i polityków skupia się na ograniczeniu przyszłego ocieplenia – za 10, 50 i 100 lat. Prawie nikt nie próbuje odpowiedzieć na pytanie co zrobić, żeby zredukować liczbę nadmiarowych zgonów wywoływanych gorącem tu i teraz.
Co ciekawe, rozwiązanie tego problemu nie wymaga ani nowego przełomu technologicznego ani odkryć naukowych - urządzenie będące jednym z najważniejszych osiągnięć w ochronie ludzi przed skutkami wysokich temperatur wynalezione zostało już w… 1902 roku.
Dzięki jego upowszechnieniu w Stanach Zjednoczonych ryzyko śmierci podczas ekstremalnych upałów spadło o około 75% Najlepsze dostępne badania sugerują, że praktycznie całość tego spadku można przypisać rozpowszechnieniu tego wynalazku: klimatyzacji.
Jak Ameryka wygrała wojnę z upałami
Analizując dostępne dane częstotliwości historycznych i prognozowanych dni z ekstremalną temperaturą można by ulec wrażeniu, że Europa jest w komfortowej sytuacji: nie tylko na kontynencie notujemy ich mniej niż praktycznie każdy inny gęsto zaludniony region świata, ale – co ważniejsze – jesteśmy przecież kontynentem niezwykle bogatym.
Temperatury przekraczające 35°C to norma w wielu częściach USA takich jak Teksas, Arizona czy Newada. Liczące pond 1,5 milion mieszkańców Phoenix, uważane za najgorętsze miasto świata, przez niemal 1/3 roku notuje temperatury powyżej 38*C – a jednak pod względem liczby zgonów na milion mieszkańców to Europa wyprzedza Amerykę o kilka rzędów długości.
Jeszcze w pierwszej połowie XX wieku Amerykanie umierali z powodu upałów równie często co Europejczycy. Amerykańskie miasta doświadczały podczas fal upałów gwałtownych wzrostów śmiertelności, a zgony dzieci, osób starszych i chorych były niemal naturalnym elementem najgorętszych dni w roku.
Tymczasem pomiędzy początkiem XX, a początkiem XXI wieku wrażliwość Amerykanów na ekstremalne temperatury spadła dramatycznie. Skalę tego zjawiska postanowili zbadać ekonomiści – Alan Barreca i współautorzy. Jak piszą w swoim tekście: wpływ dni ze średnią temperaturą powyżej 80°F - czyli ok. 27°C - na śmiertelność „spadł w Stanach Zjednoczonych o około 75% w ciągu XX wieku, przy czym niemal cały ten spadek nastąpił po 1960 roku.
Gdyby podobne rezultaty udało się osiągnąć w dzisiejszej Europie to oznaczałoby to ocalenie od 30 do nawet 50 tys. istnień ludzkich rocznie.
Najbardziej oczywistym wyjaśnieniem byłoby to, że Amerykanie po prostu dużo bardziej i szybciej się wzbogacili. W XX wieku gwałtownie poprawiały się przecież zarówno ilościowe jak i jakościowe „komponenty” bogactwa: opieka zdrowotna, technologia, jakość mieszkań, pożywienia czy dostęp do elektryczności i edukacji. Rosły także dochody gospodarstw domowych.
To właśnie wpływ części z tych parametrów postanowili uwzględnić autorzy. I wykorzystali go w porównaniu danych z poziomu amerykańskich hrabstw dotyczących zmian śmiertelności z tempem upowszechniania się klimatyzacji – w kluczowych dekadach po 1960 roku udział amerykańskich gospodarstw domowych z zainstalowaną klimatyzacją rósł średnio o prawie 8 procent rocznie – z poziomu technologicznej ciekawostki w mniej niż 2% gospodarstw domowych do standardowego elementu wyposażenia w blisko 90% domów współcześnie.
Wynik był zaskakująco jednoznaczny. Według autorów nawet 75% spadku śmiertelności związanej z upałami można wyjaśnić tylko jednym czynnikiem – jak piszą w swojej pracy: „Upowszechnienie klimatyzacji domowej wyjaśnia zasadniczo cały (podkreślenie autora) spadek związku między śmiertelnością a dniami ze średnią temperaturą powyżej 80°F”.
Przyczyna tak istotnego wpływu wynika najpewniej ze sposobu działania klimatyzacji. Obecnie typowy mieszkaniec krajów Zachodu spędza w zamkniętych pomieszczeniach ponad 80% (!) czasu w ciągu dnia. I to właśnie tam najbardziej odczuwalny jest wpływ klimatyzacji. Jednostki chłodzące pomieszczenia przez całą dobę mają pozytywny wpływ zarówno na kwestie kluczowe dla zdrowia: np. jakość i długość snu czy obciążenie organizmu jak i te związane z produktywnością.
Co istotne w przeciwieństwie do niemal wszystkich standardowych protokołów poprawy jakości zdrowia i życia klimatyzacja nie wymaga niemal żadnego okresu dostosowania, zdobycia nowej wiedzy czy zmiany przyzwyczajeń. Do uzyskania pełni pozytywnego efektu wystarczy instalacja, wykonany raz w roku przegląd i konserwacja oraz naciśnięcie guzika na pilocie.
Klimatyzator – najważniejsza technologia adaptacyjna w historii
Na klimatyzator łatwo patrzeć jak na kolejny sprzęt gospodarstwa domowego. Ale taka perspektywa zupełnie nie oddaje skali jego oddziaływania. Negatywny wpływ wysokich temperatur na wiele obszarów ludzkiego życia jest dobrze udokumentowany. I nie chodzi tu tylko o zdrowie i nadmiarowe zgony.
Jeden z największych ukrytych „kosztów” wysokich temperatur dotyczy spadku produktywności pracowników – zarówno tych fizycznych jak i umysłowych. Cytowana szeroko analiza Seppänena, Fiska i Lei-Gomez pokazuje, że „wydajność pracy spadała średnio o około 2% wraz z każdym wzrostem temperatury o 1°C w zakresie od 25°C do 32°C”.
Rys. 1. Temperatura i produktywność pracy (Seppenen et. al. 2006)
Inne badania dokumentują negatywny wpływ wysokich temperatur na czas i produktywność pracy, koncentrację i podejmowanie decyzji – a nawet wyniki w nauce i rezulaty egzaminów!
Mechanizm ten nie dotyczy wyłącznie pracy fizycznej wykonywanej na zewnątrz. Wysokie temperatury pogarszają koncentrację, wydłużają czas reakcji i zwiększają liczbę popełnianych błędów. Dotyczy to zarówno operatorów maszyn czy kierowców jak i pracowników biurowych i umysłowych wykonujących zadania wymagające skupienia. W praktyce oznacza to, że każda fala upałów to nie tylko problem zdrowotny, ale także gospodarczy mogący istotnie wpływać na produktywność całej gospodarki.
W kontekście wpływu upałów na wyniki w nauce szczególnie ciekawe są wnioski z badania „Heat and Learning” (2018) opublikowanego przez ekonomistów Uniwersytetu Harvarda i UCLA. Poddali oni analizie wyniki milionów egzaminów amerykańskich uczniów i na ich podstawie wykazali, że każdy dodatkowy stopień Fahrenheita w roku szkolnym obniża efektywność nauki o około 1 procent. Co istotne, negatywny wpływ wysokich temperatur był znacząco słabszy w szkołach wyposażonych w klimatyzację.
Oznacza to, że klimatyzacja nie jest wyłącznie technologią poprawiającą nasz komfort i produktywność, ale – przede wszystkim – jest narzędziem rozwoju i inwestowania w kapitał ludzki. W świecie coraz częstszych fal upałów i wysokich temperatur brak dostępu do niej, zwłaszcza w placówkach oświatowych, zacznie wpływać nie tylko na zdrowie i życie, ale także jakość edukacji kolejnych pokoleń.
Najważniejszym argumentem na rzecz jej upowszechnienie pozostaje jednak wpływ na zdrowie i życie ludzi – zwłaszcza tych najbardziej wrażliwych – podczas upałów. To właśnie dlatego wspominani ekonomiści badający adaptację do zmian klimatu wskazują ją jako jedną z najważniejszych technologii „ochronnych” XX wieku.
Rys. 2. Wpływ klimatyzacji na zależność pomiędzy temperaturą a śmiertelnością w USA (Barreca et. al. 2013)
Jak klimatyzacja zmieniła naturę cywilizacji
To właśnie ze względu na ten wpływ klimatyzacji dotykający niemal każdego obszaru ludzkiej aktywności były premier Singapuru Lee Kuan Yew – odpowiedzialny za transformację tej biedniej, tropikalnej wyspy w jedno z najbogatszych i nowoczesnych państw świata powiedział:
Klimatyzacja była dla nas jednym z najważniejszych wynalazków w historii. To ona zmieniła naturę cywilizacji, czyniąc rozwój gospodarczy w tropikach możliwym.”
I nie była to z jego strony wyłącznie hiperbola. Jeszcze w pierwszej połowie XX wieku życie w gorącym i wilgotnym klimacie oznaczało nieustanną walkę z upałem. Zamożni mieszkańcy uciekali do przewiewnych rezydencji, nad morze lub w chłodniejsze części miasta. Reszta próbowała radzić sobie poprzez ograniczanie aktywności fizycznej, zmianę diety czy po prostu bezproduktywnego przeczekiwanie najgorętszych godzin dnia.
Upowszechnienie i adopcja klimatyzacji całkowicie zmieniła te warunki – dokładnie tak jak wcześniej centralne ogrzewanie zmieniło je w chłodniejszych częściach świata. Singapurska prasa już w latach 30. pisała o klimatyzacji pozytywnie: jako technologii poprawiającej zdrowie, produktywność i umożliwiającej pracę i aktywność tam, gdzie wcześniej temperatura czyniła ją niemożliwą. Pierwszymi beneficjentami były szpitale, kina, biura i budynki administracji publicznej - dokładnie te miejsca, w których koncentracja, wydajność i bezpieczeństwo miały największe znaczenie. Nieprzypadkowo Lee Kuan Yew w dalszej części przytoczonego cytatu wspominał, że jedną z pierwszych decyzji po objęciu urzędu premiera było wyposażenie budynków administracji w klimatyzację. Dla niego nie była ona symbolem nowoczesności, ale koniecznym i praktycznym fundamentem sprawnego i produktywnego państwa.
Co istotne klimatyzacja zmieniła również coś jeszcze. Przez większość historii możliwość ucieczki przed upałem byłą przywilejem bogaczy. To oni wyjeżdżali za miasto, mieszkali w lepiej zaprojektowanych budynkach albo po prostu mogli sobie pozwolić na rezygnację z pracy w najgorętsze dni. Biedniejsi nigdy takiej możliwości nie mieli.
W tym sensie, klimatyzacja to jedna z najbardziej „egalitarnych” technologii w całej historii – masowo udostępniła komfort i bezpieczeństwo termiczne ludziom, którzy wcześniej nie tylko byli ich pozbawieni, ale nie mieli nawet ekonomicznej i fizycznej możliwości uniknięcia najgorszych skutków upałów.
Historia Singapuru to z resztą tylko ilustracja: przez większość historii ludzkość pozostawała na łasce i niełasce klimatu. Rozwój rolnictwa, osadnictwa, handlu i przemysłu zależał od lokalnych warunków pogodowych. Ich zmiana mogła oznaczać wręcz upadek państw – a przynajmniej utratę pozycji. Rewolucja przemysłowa częściowo uwolniła nas od ograniczeń związanych z zimnem. W ciągu ostatnich 100 lat klimatyzacja zrobiła dla gorąca coś bardzo podobnego - po raz pierwszy w historii umożliwiła masowe tworzenie komfortowych, bezpiecznych i produktywnych warunków życia niezależnie od temperatury panującej na zewnątrz.
Historia amerykańskiej czy azjatyckiej adopcji klimatyzacji prowadzi do niewygodnego wniosku. Dziesiątki tysięcy masowych zgonów i wpływ temperatury na zdrowie i produktywność milionów nie są problemem, którego nie moglibyśmy rozwiązać. Decyzja by tego nie robić ma w dużej mierze charakter polityczny i jest świadomym wyborem. Skoro wiemy jak skutecznie ograniczyć skutki wysokich temperatur, to dlaczego Europa nadal pozostaje tak „odporna” na technologię, która sprawdziła się w USA, krajach Azjatyckich czy na Bliskim Wschodzie?
Europa na wojnie z klimatyzacją
Sytuacja Europy jest – na pierwszy rzut oka – paradoksalna. Żyjemy – obok Ameryki - na najbogatszym kontynencie doświadczającym w ciągu roku relatywnie niewielu dni ekstremalnie wysokich temperatur. A mimo to co roku notujemy istotnie wyższą liczbę zgonów z nimi związanych w przeliczeniu na mieszkańca.
Oczywiście za część tej różnicy odpowiada demografia – Europa faktycznie ma „najstarsze” społeczeństwo ze wszystkich kontynentów. Ale podobne procesy jego starzenia obserwujemy też w USA, Japonii czy Korei Południowej, które – pomimo mniej korzystnego klimatu – notują znacznie niższą śmiertelność związaną z upałami.
Kluczowa różnica jest widoczna na pierwszy rzut oka. Klimatyzację – zależnie od źródeł – posiada zaledwie kilka do maksymalnie około 20% europejskich gospodarstw domowych. We wspomnianych krajach odsetek ten przekracza 90% To właśnie tutaj leży odpowiedź na pytanie, dlaczego najbogatszy kontynent świata pozostaje jednocześnie jednym z najbardziej wrażliwych na skutki gorąca.
Problem z pewnością nie polega na tym, że Europy na klimatyzację nie stać. Trudno byłoby taki argument – chociaż pojawiający się niekiedy w dyskusjach – uznać za poważny na kontynencie odpowiadającym za 1/5 globalnego PKB. Z resztą wspomniane Singapur, USA, Korea czy Japonia to kraje pod względem zamożności i rozwoju gospodarczego podobne a jednak we wszystkich upowszechnienie klimatyzacji jest istotnie większe.
Korea to z resztą przypadek niezwykle ciekawy – kraj, który pod względem transformacji ekonomicznej przebył podobną drogę jak Polska. Jeszcze 30 lat temu adopcja klimatyzacji wyglądała tam podobnie jak w Europie. Tymczasem obecnie należy ona do światowych liderów.
Część odpowiedzi jest historyczna. Przez większą część XX wieku Europa faktycznie nie potrzebowała klimatyzacji w takim stopniu jak np. południe USA czy kraje tropikalne. Nasze miasta, budynki i przyzwyczajenia kształtowały się w świecie, w którym znacznie większym zagrożeniem było – i z resztą pod względem liczby zgonów wciąż jest - zimno niż upał. Europejska polityka mieszkaniowa przez dekady skupiała się na ogrzewaniu. Aktywne chłodzenie pozostawało kwestią marginalną.
Problem polega na tym, że warunki, które stworzyły ten sposób myślenia, przestają istnieć.
Niezależnie od tego co uważamy na ten temat przyczyny tego stanu rzeczy, liczba dni z ekstremalnymi temperaturami rośnie. Nasze społeczeństwa starzeją się też szybciej niż praktycznie wszystkie inne na świecie. Kolejne fale upałów przynoszą dziesiątki tysięcy dodatkowych zgonów rocznie. A mimo to znacząca część debaty publicznej nadal traktuje klimatyzację bardziej jako problem niż rozwiązanie.
To właśnie tutaj pojawia się prawdopodobnie najważniejsza różnica pomiędzy Europą a krajami, które skuteczniej zaadaptowały się do życia w wysokich temperaturach.
W Stanach Zjednoczonych, Japonii czy Singapurze klimatyzacja została potraktowana jako element infrastruktury. Technologia, która poprawia zdrowie, zwiększa produktywność i pozwala normalnie funkcjonować podczas upałów.
W Europie często jest traktowana jako luksus, fanaberia albo ekologicznie podejrzana forma wygodnictwa czy wręcz obrazę „moralności publicznej”.
To o tyle zaskakujące, że identycznego standardu nie stosujemy wobec ogrzewania. Nikt poważny nie sugeruje przecież, że korzystanie z centralnego ogrzewania zimą stanowi moralną porażkę lub dowód nadmiernego wygodnictwa. Tymczasem chłodzenie podczas upałów wciąż bywa oceniane nie jako narzędzie ochrony zdrowia, ale jako przejaw zbędnej wygody czy zbytku. Trudno znaleźć racjonalne uzasadnienie dla takiego rozróżnienia.
Tymczasem w USA czy krajach Azji ciężko byłoby sobie w ogóle wyobrazić istnienie takiej debaty. Polityk, który – analogicznie do krytyki klimatyzacji w Europie - zacząłby przekonywać np. że ogrzewanie zimą powinno być ostatecznością a obywatele powinni po prostu ubrać kolejny sweter najpewniej szybko zakończyłby swoją karierę.
Chyba najwyraźniej tą europejską wrogość wobec klimatyzacji widać we francuskiej debacie publicznej. Można powiedzieć, że stanowi ona symbol tego europejskiego paradoksu. To właśnie tam fala upałów z 2003 roku doprowadziła do około 15 tysięcy dodatkowych zgonów, stając się jedną z największych katastrof zdrowia publicznego we współczesnej historii kraju. Tymczasem jeszcze w trakcie przygotowań do Igrzysk Olimpijskich w Paryżu organizatorzy z dumą chwalili się, że w wiosce olimpijskiej… nie będzie tradycyjnej klimatyzacji. Wtedy wiele reprezentacji – w tym amerykańska – w trosce o komfort i zdrowie swoich sportowców zdecydowała się na sprowadzenie swoich klimatyzatorów.
Ten spór o polityczny wymiar klimatyzacji odżywa tam z resztą co roku – także i podczas trwającej obecnie fali upałów Marine Le Pen ogłosiła apel o „powszechne instalowanie klimatyzacji” zaś Jean Luc-Melenchon kontrował wskazując, że klimatyzacja nie jest rozwiązaniem problemu, a jej instalacja powinna być… ostatecznością.
Trudno o lepszą ilustrację różnicy w podejściu do chłodzenia pomiędzy Europą a krajami, które traktują je jako podstawowy element infrastruktury umożliwiającej normalne funkcjonowanie podczas upałów.
To, dlatego europejskie instytucje publiczne podczas upałów regularnie zalecają zasłanianie okien, ograniczanie aktywności fizycznej, picie większej ilości wody czy szukanie cienia. I oczywiście wszystkie te działania mają sens. Trudno jednak nie zauważyć, że niemal wcale nie wspominają o technologii, która według większości badań odpowiada za znaczną część historycznej eliminacji problemów związanych z wysokimi temperaturami.
I warto jeszcze raz podkreślić, że nie mówimy tutaj o problemie technologicznym ani ekonomicznym. Klimatyzatory istnieją. Są powszechnie i relatywnie tanio dostępne. Dla przytłaczającej większości europejskich gospodarstw domowych ich zakup jest absolutnie w zasięgu finansowym. Problem polega na tym, że pomiędzy człowiekiem chcącym chronić życie, zdrowie, produktywność i komfort swój i swoich bliskich, a ratującą je technologią coraz częściej pojawia się cała armia instytucji publicznych przekonanych, że to one wiedzą lepiej jaką temperaturę powinien mieć w swoim mieszkaniu.
W wielu przypadkach Europa idzie wręcz w przeciwnym kierunku. Przepisy konserwatorskie utrudniają montaż urządzeń na elewacjach. Wspólnoty mieszkaniowe blokują instalacje z powodów estetycznych. Regulacje energetyczne bywają konstruowane w sposób zniechęcający do chłodzenia budynków. Zdarza się nawet, że podczas fal upałów władze publiczne apelują o… ograniczenie korzystania z klimatyzacji zamiast zachęcać do wykorzystywania jej jako narzędzia ochrony zdrowia.
W rezultacie Europa znalazła się w osobliwej sytuacji. Kontynent posiadający kapitał, technologię i wiedzę potrzebną do ograniczenia skutków upałów pozostaje jednocześnie światowym liderem śmiertelności związanej z wysokimi temperaturami. Nie dlatego, że nie potrafi się adaptować. Coraz częściej wygląda na to, że po prostu nie chce korzystać z jednego z najskuteczniejszych narzędzi adaptacyjnych, jakie stworzyła nowoczesna cywilizacja.
Klimatyzacja a sprawa polska
W Polsce przez długi czas mieliśmy luksus traktowania klimatyzacji jako technologii kojarzonej przede wszystkim z USA, Azją a najbliżej hotelami na południu kontynentu. Ten pogląd nie daje się jednak dłużej utrzymywać.
Trwająca obecnie fala upałów podczas której pobity został rekord temperatury ostatnio ustanowiony w 1921 roku to naprawdę ostatni dzwonek alarmowy. Wszyscy aż za dobrze wiemy, jak wygląda sytuacja demograficzna naszego kraju – należymy do najszybciej starzejących się społeczeństw świata. A to oznacza, że liczba osób narażonych bezpośrednio na skutki wysokich tgemperatur będzie w kolejnych dekadach rosła gwałtownie niezależnie od tego, jak będą wyglądały przyszłe scenariusze klimatyczne.
Dobra wiadomość jest taka, że Polska nie znajduje się w sytuacji takiej jak kraje rozwijające się kilak dekad temu. Jesteśmy krajem zamożnym, 21. gospodarką świata, dysponującym powszechnym dostępem do względnie czystej energii elektrycznej, rozwiniętym sektorem budowlanym oraz krajowymi firmami wyspecjalizowanymi w technologiach HVAC. Nie musimy czekać na nowe wynalazki ani przełomowe odkrycia naukowe.
W rzeczywistości proces adaptacji już trwa. Klimatyzacja coraz częściej pojawia się w nowych mieszkaniach, biurach i obiektach usługowych. Coraz więcej Polaków traktuje ją nie jako luksus, ale jako zwykły element wyposażenia poprawiający komfort, zdrowie i bezpieczeństwo.
Niestety klimatyzacja wciąż pozostaje relatywnie rzadka w budynkach administracji i użyteczności publicznej. Szkoły, żłobki, szpitale a nawet sądy pozostają „wyspami ciepła” w coraz silniej spenetrowanych przez klimatyzację miastach. Paradoks polega na tym, że państwo bardzo często zmusza obywateli – zwłaszcza starszych, najbardziej narażonych i równocześnie wykluczonych cyfrowo - do korzystania właśnie z tych instytucji, a jednocześnie nie zapewnia w nich warunków pozwalających bezpiecznie funkcjonować podczas fal upałów.
Dlatego obecnie pytanie nie brzmi: czy Polska będzie się adaptować do życia w wyższych temperaturach – pytanie brzmi jak skutecznie i jak szybko jest w stanie to zrobić.
Doświadczenia Stanów Zjednoczonych, Japonii, Korei Południowej czy Singapuru pokazują, że adaptacja jest możliwa. Doświadczenia Europy pokazują natomiast coś równie ważnego: nawet bogate społeczeństwa mogą utrudniać ją same sobie, jeżeli zaczną traktować jedną z najskuteczniejszych technologii ochronnych jako problem zamiast rozwiązania.
Dlatego najważniejszym wyzwaniem dla Polski nie jest dziś opracowanie kolejnych centralnych strategii walki z upałami, programów dofinansowania klimatyzacji czy „narodowego programu chłodzenia”. Powinno być usunięcie przeszkód utrudniających im korzystanie z technologii, które pozwalają ich skutki ograniczać.
Epitafium dla niepotrzebnych ofiar
Każdego roku dziesiątki tysięcy Europejczyków umiera w wyniku upałów. Według najnowszych szacunków wysokie temperatury w Europie przyczynić mogły się nawet do około 68 tysięcy zgonów w 2022 roku, 51 tysięcy w 2023 roku i prawie 63 tysięcy w 2024 roku.
Mówiąc brutalnie: nawet w „typowym” roku liczba ofiar upałów odpowiada populacji średniej wielkości europejskiego miasta.
Obecny rok, w którym bite są rekordy temperatur typowym nie będzie. Umrą kolejne dziesiątki tysięcy ludzi. Głównie dzieci, chorych i starszych.
Większość z tych osób nie umrze na pustyni, podczas maratonu czy w trakcie pracy w pełnym słońcu. Umrze we własnych mieszkaniach, domach opieki, szpitalach i innych budynkach, które powinny zapewniać im bezpieczeństwo i komfort.
Jeżeli dostępna wiedza i historyczna lekcja z innych regionów świata są prawdziwe, to znaczną część tych śmierci można było ograniczyć dzięki technologii wynalezionej jeszcze przed I wojną światową.
Dlatego współczesna debata o upałach i sposobach radzenia sobie z nimi nie jest już od dawna wyłącznie debatą o klimacie. Jest debatą o adaptacji.
A być może przede wszystkim debatą o tym, czy jesteśmy gotowi pozwolić ludziom korzystać z narzędzi, które już posiadają.
Bo jeżeli dziesiątki tysięcy Europejczyków umierają każdego roku pomimo istnienia skutecznego sposobu ograniczania tego ryzyka, to problemem nie jest brak wiedzy, pieniędzy ani technologii.
Problemem staje się polityczna decyzja, by nie korzystać z jednego z najskuteczniejszych narzędzi adaptacyjnych, jakie stworzyła nam współczesna cywilizacja.
Źródło ilustracji:

