Źródło: thedailyeconomy.org
Tłumaczenie: Jakub Juszczak
Niedługo tuż po ukończeniu studiów, szukając pracy w sektorze analizy polityki publicznej, starałem się o stanowisko w Departamencie Badań brytyjskiej Partii Konserwatywnej. W tamtym czasie premier Margaret Thatcher była zajęta problemem chuligaństwa pseudokibiców i zaproponowała wprowadzenie krajowego systemu identyfikacji kibiców piłkarskich jako sposób na ograniczenie tego zjawiska. Poproszono mnie o przedstawienie argumentów uzasadniających tę ingerencję. Nie byłem w stanie tego zrobić i wygłosiłem nieprzekonującą odpowiedź na to. Nie dostałem tej pracy (podobnie nie dostał jej zresztą Michael Gove, przyszły minister i obecny redaktor naczelny magazynu „The Spectator”, ale otrzymał ją niejaki David Cameron). Szybko okazało się, że reszta Partii Konserwatywnej i opinia publiczna podzielają moje zdanie. Program wprowadzenia dowodów tożsamości upadł i został zarzucony.
Dzisiaj jednak brytyjskiej opinii publicznej mówi się, że każdy — niezależnie od tego, czy jest kibicem piłki nożnej, czy nie — ma mieć w swoim telefonie e-dowód elektroniczny „BritCard”. Byłaby to najgorsza z możliwych innowacji konstytucyjnych, zasadniczo zmieniająca relacje między obywatelem a państwem, wywracająca do góry nogami tradycyjną brytyjską koncepcję praw i prawdopodobnie torująca drogę do uzupełniającego zniesienia wolności, czyli wprowadzenia cyfrowej waluty banku centralnego (CBDC). W dzisiejszej Wielkiej Brytanii dość powszechne jest mówienie, że „Wielka Brytania jest stracona”, ale jeśli rządowi Jego Królewskiej Mości ten pomysł ujdzie na sucho, może to w końcu okazać się fakterm.
Pomijając propozycję Thatcher, obowiązek posiadania i okazywania dokumentów tożsamości w Wielkiej Brytanii ma burzliwą historię. Zostały one wprowadzone podczas II wojny światowej, a po jej zakończeniu utrzymane przez socjalistyczny rząd premiera Attlee. Od końca wojny zaczęło narastać niezadowolenie z faktu, że policja wymagała okazywania dowodów osobistych podczas rutynowych kontroli. Kwestia ta osiągnęła punkt kulminacyjny, gdy działacz Partii Liberalnej Harry Willcock został zatrzymany za przekroczenie prędkości w północnym Londynie. Poproszony o okazanie karty, Willcock odmówił, odpowiadając z brytyjską powściągliwością: „Jestem liberałem i sprzeciwiam się tego typu praktykom”. Odmówił również okazania karty na posterunku policji i w związku z tym został oskarżony na podstawie ustawy wojennej.
Sprawa została początkowo rozpatrzona przez lokalnych sędziów, którzy nie zgodzili się z Willcockiem, twierdzącym, że ustawa wygasła wraz z wygaśnięciem stanu wyjątkowego, ale odmówili ukarania go, udzielając mu „całkowitego zwolnienia”. Sprawa trafiła do Wydziału Królewskiego Sądu Najwyższego, który miał rozstrzygnąć kwestię prawną, czy ustawa nadal obowiązuje, i została niezwykle rozpatrzona przez skład siedmiu sędziów, w tym Lorda Najwyższego Sędziego, Lorda Goddarda. Chociaż sąd uznał, że ustawa nadal obowiązuje, nie zasądzono od Willcocka kosztów postępowania, co jest zazwyczaj stosowane w takich okolicznościach, a Lord Goddard napisał, co następuje:
Stosowanie ustaw uchwalonych przez Parlament w szczególnych okolicznościach wojennych w sytuacji, gdy wojna już się zakończyła — pomijając kwestię stanu wojny — może spowodować, że osoby przestrzegające prawa staną się przestępcami, co jest sytuacją wysoce niepożądaną. Co więcej, w naszym kraju zawsze byliśmy dumni z dobrych relacji między policją a społeczeństwem, a takie działania powodują, że ludzie czują niechęć do policji i są skłonni utrudniać jej pracę zamiast jej pomagać.
Pierwsze ostrzeżenie lorda Goddarda odnosi się nie tylko do praw wojennych, ale do każdego stanu wyjątkowego — o czym pisałem już wcześniej w innym kontekście. Uprawnienia nadzwyczajne mogą łatwo zmienić osoby przestrzegające prawa w przestępców. Obecny rząd Partii Pracy nie domaga się jednak uprawnień wojennych ani nawet wprowadzenia stanu wyjątkowego, ale chce zmienić prawo na stałe.
To sprawia, że drugie ostrzeżenie Goddarda jest jeszcze bardziej trafne. Zawsze tak było, że brytyjska policja czerpie swoją władzę z zgody społeczeństwa. Jak ujął to sir Robert Peel w swoich zasadach, „policja to społeczeństwo, a społeczeństwo to policja”. Funkcjonariusze policji są po prostu członkami społeczeństwa, „opłacanymi za pełnienie w pełnym wymiarze czasu obowiązków, które spoczywają na każdym obywatelu w interesie dobra i egzystencji społeczności”. Podstawą działania policji jest zatem wzajemne zaufanie.
Obowiązkowe stosowanie dowodów osobistych i obowiązku ich okazywania zmieniają tę relację. Wymóg weryfikacji podważa wspomniane zaufanie. Obywatele nie są już partnerami w utrzymywaniu porządku, ale potencjalnymi podejrzanymi. Dzieje się tak zwłaszcza wtedy, gdy sam brak dokumentu tożsamości staje się przestępstwem lub przynajmniej powoduje podjęcie jakichkolwiek działań przez organy ścigania. Wyraża to przekonanie, że obywatele nie są państwem, ale podlegają mu, co powinno budzić sprzeciw wszystkich ludzi kochających wolność.
Był to rzeczywiście powód zniesienia powojennego obowiązku posiadania dokumentu tożsamości. Willcock nadal opowiadał się za zniesieniem tego obowiązku w Partii Liberalnej, ale ponieważ należał do niepopularnego skrzydła partii opowiadającego się za wolnym handlem, nie osiągnął zbyt wiele (ależ historia się powtarza!), pozostawiając pole do działania konserwatystom, którzy prowadzili kampanię pod hasłem „uwolnienia ludzi” przeciwko rządowi labourzystowskiemu, który chciał utrzymać ten obowiązek, i wygrali. Willcock, który podczas badań nad tym esejem stał się moim osobistym bohaterem, zmarł niespodziewanie wrrótce po uchwaleniu ustawy uchylającej, a ostatnim słowem, jakie wypowiedział, było podobno „wolność”.
Jak już wspomniałem, pomysł Thatcher dotyczący kart dla kibiców piłkarskich, który zniweczył moje perspektywy zawodowe, nie przetrwał zbyt długo i nie został nawet wspomniany w jej wspomnieniach Moje lata na Downing Street. Tak więc ponowna próba przypadła rządowi Partii Pracy pod przewodnictwem Tony'ego Blaira. Tym razem ustawa z 2006 r. o dowodach tożsamości ustanowiła Krajowy Rejestr Tożsamości, który umożliwił wydawanie dowodów tożsamości. Rząd przystąpił do tworzenia rejestru, który zawierał takie dane, jak imię i nazwisko, płeć, data urodzenia, adres zamieszkania, poprzednie adresy, status prawny pobytu i tak dalej.
Początkowo ustawa cieszyła się dużą popularnością, osiągając 80-procentowe poparcie społeczne, ale na tyle wiele osób było nią oburzonych, że powstała masowa grupa nacisku o nazwie No2ID, prowadząca kampanię przeciwko temu, co nazwała „państwem baz danych”. Poparły ją badania naukowe przeprowadzone w London School of Economics, które podważały racje rządu przemawiające za tym posunięciem, takie jak rosnące zagrożenie kradzieżą tożsamości i zobowiązania międzynarodowe, z których żadne nie miało większego znaczenia.
Dyrektor kampanii No2ID powiedział: „Nasza strategia była prosta: dotrzeć do osób, które wolałyby trafić do więzienia zamiast posiadać dowód tożsamości, i zaangażować je w naszą sprawę (...) Wiedzieliśmy, że docierając do tych osób, zyskamy wiele innych, mniej zaangażowanych, i edukujemy miliony. A jeśli uda nam się przekonać choćby garstkę z nich, staniemy się siłą, z którą trzeba się liczyć”. I rzeczywiście tak się stało. Pierwszym działaniem nowo wybranego rządu koalicyjnego konserwatystów i liberalnych demokratów w 2010 r. było uchylenie ustawy.
Jednak złe pomysły nigdy nie umierają (patrz: socjalizm). Obecny rząd Partii Pracy pod przewodnictwem Sir Keira Starmera wykorzystał obecne niezadowolenie z wysokiego poziomu imigracji, aby rozpocząć kampanię na rzecz wprowadzenia cyfrowych dowodów tożsamości. Jest to jednak chybiony cel. W przeciwieństwie do Stanów Zjednoczonych, większość niezadowolenia społecznego nie dotyczy nielegalnej imigracji, ale imigracji legalnej — a konkretnie wysokiego odsetka osób ubiegających się o azyl oraz tych, którzy przybyli legalnie podczas tak zwanej „fali Borisa” po brexicie.
Co więcej, rzeczywistą obawą przeciwników tego programu nie jest tyle jego pierwotne uzasadnienie, ile prawdopodobne rozszerzenie zakresu jego zastosowania. Jak sugerowano powyżej, wprowadzenie obowiązkowych dowodów tożsamości zasadniczo zmienia relacje między obywatelem a państwem. Państwo staje się strażnikiem funkcji, a nie ich gwarantem — a liczba funkcji, na które może to mieć wpływ, jest ogromna: opieka społeczna, bankowość, podróże, dokumentacja medyczna i usługi medyczne, a nawet głosowanie. Lewiatan okazuje się nie być potworem z głębin z opowieści Lovecrafta, ale czymś złożonym z zer i jedynek.
Najbardziej prawdopodobnym kolejnym krokiem jest chyba ten najbardziej szkodliwy. Cyfrowy identyfikator stanie się drugą stroną cyfrowej waluty. Bank Anglii już zaproponował pomysł programowalnego cyfrowego funta, gdzie programowalność oznacza nie tylko możliwość monitorowania, ale też zatrzymywania zakupów przez sieć. Biorąc pod uwagę, że przepisy mające na celu ograniczenie otyłości wśród dzieci spowodowały już, że puby i sklepy przestały oferować bezpłatne dolewki gorącej czekolady i innych słodkich napojów, łatwo sobie wyobrazić, jak organy regulacyjne skorzystają z okazji, aby wykorzystać cyfrowe identyfikatory i walutę do zapobiegania zakupom, których odgórnie nie akceptują. W porównaniu z brytyjskim państwem opiekuńczym chiński system zaufania społecznego może wydawać się igraszką. W związku z tym wprowadzenie cyfrowych dowodów tożsamości może być najważniejszą kwestią konstytucyjną, przed jaką stanęła Wielka Brytania od pokoleń, być może ważniejszą nawet niż brexit. No2ID nie jest już obecne nawet w Internecie. Jeśli nie uda się go zreorganizować, reputacja Wielkiej Brytanii jako ojczyzny ludzi kochających wolność może zostać utracona na zawsze. Od „poproszę o dokumenty” do „komputer nie zgadza się” dzieli nas tylko jeden mały krok.
Źródło ilustracji: pixabay
