Źródło: thedailyeconomy.org
Tłumaczenie: Jakub Juszczak
Wolność słowa jest prawem naturalnym, a nie przywilejem przyznawanym przez rządy, wtedy gdy jest to dla nich wygodne. Poprzedza ona samo powstanie państwa. Za głoskami, które wydobywają się z naszych ust, kryje się twórcza ekspresja, komunikacja oraz ostatecznie wolność. Jak trafnie ujęto w filmie „Buntownik z wyboru”: „Wolność to prawo duszy do oddechu”. Jednak w erze cyfrowej wypowiedzi są coraz częściej traktowane nie jako coś, co należy chronić, ale jako coś, czym należy zarządzać, na co należy udzielać licencji, co należy monitorować i za co należy karać, gdy wywołuje dyskomfort.
Powstałe w pierwszej dekadzie XXI wieku platformy, takie jak Myspace, Facebook (obecnie Meta), Twitter (obecnie X) i YouTube, zapoczątkowały nową erę komunikacji cyfrowej. Konsekwencje tej cyfrowej destrukcji twórczej są odkrywane do dziś. Pew Research Center podaje, że „około połowa dorosłych Amerykanów (53 procent) twierdzi, że przynajmniej czasami czerpie wiadomości z mediów społecznościowych, a odsetek ten utrzymuje się na mniej więcej stałym poziomie od kilku lat”. Członkowie pokolenia Z – ludzi urodzonych w latach 1997–2012 – spędzają na tych platformach nawet trzy godziny dziennie, w porównaniu z około dziesięcioma minutami w przypadku pokolenia osób urodzonych w latach 1946–1964. Nie trzeba dodawać, że pokolenie Z dorastało w otoczeniu mediów społecznościowych, które stały się nieodłączną częścią codziennego życia.
W ciągu ostatniego roku wizja politycznego życia, kształtowana przez to pokolenie w przestrzeni cyfrowej, przeniosła się z ekranów na ulice. Na całym świecie — od Nepalu, przez Meksyk, aż po Iran — wybuchły protesty pokolenia Z przeciwko brakowi szans, korupcji i trudnościom gospodarczym. Na początku tego roku irański reżim posunął się nawet do odcięcia dostępu do internetu wszystkim obywatelom, czyli około 90 milionom ludzi. Wypowiedzi w internecie stały się czymś więcej niż tylko komentarzami. Stanowią one obecnie infrastrukturę, za pomocą której niezadowolone pokolenie rzuca wyzwanie władzy politycznej i próbuje na nowo zdefiniować legitymację polityczną.
Na pierwszy rzut oka wydarzenia te wydają się ograniczać do kruchych demokracji lub reżimów autorytarnych. Jednak takie nastawienie do wypowiedzi w internecie rozprzestrzeniło się nawet na te narody, które jako pierwsze ponad 400 lat temu wyniosły tę ideę w walce z tyranami.
Anglia i Francja są intelektualnymi kolebkami współczesnej wolności słowa. W Anglii John Milton (1608–1674) w dziele Areopagitica odrzucił system uprzedniego uzyskiwania zezwoleń jako niezgodny z rozumem, promując jednocześnie swobodny obieg idei. Jak napisał: „Dajcie mi wolność poznawania, wypowiadania się i swobodnego dyskutowania zgodnie z sumieniem”. Nawet John Locke (1632–1704), uważany za ojca liberalizmu, musiał uciekać z Anglii z powodu swojej otwartej obrony wolności słowa jako prawa naturalnego, które istnieje przed państwem.
Po drugiej stronie kanału La Manche francuscy myśliciele rozwijali podobne argumenty. Wolter (1694–1778) bronił prawa do kwestionowania autorytetów i ortodoksji religijnej, podczas gdy Monteskiuszowi (1689–1755) otwarta wypowiedź wydawała się niezbędna dla zachowania wolności i podziału władzy. Niezależnie od tego, czy wyrażano ją w języku angielskim, czy francuskim, tradycja zachodnia postrzegała wolność słowa jako zjawisko przedpolityczne: coś nieodłącznie związanego z osobą ludzką, często opisywane jako dar od Boga, które rządy raczej uznają i chronią, niż tworzą.
Miejsce narodzin wolności słowa jest już nie do poznania. W Anglii i Francji ludzie ponosili odpowiedzialność karną, z karą pozbawienia wolności włącznie, za posty w sieci uznane za nienawistne, napastliwe lub przyczyniające się do zakłócenia porządku publicznego. Organizacja Freedom House informuje, że „zgodnie z raportem dotyczącym wolności informacji z kwietnia 2025 r., opublikowanym przez gazetę »The Times«, w 2023 r. aresztowano ponad 12 000 osób, w tym za posty w mediach społecznościowych, na podstawie sekcji 127 ustawy o komunikacji z 2003 r. oraz sekcji 1 ustawy o złośliwej komunikacji z 1988 r. W raporcie stwierdzono również, że od 2017 r. liczba aresztowań w skali roku wzrosła ponad dwukrotnie”.
Zaledwie kilka tygodni temu prezydent Francji Macron stwierdził podczas szczytu poświęconego sztucznej inteligencji: „Wolność słowa to czysta bzdura, jeśli nikt nie wie, jak się w tym wszystkim odnaleźć”.
Ponadto francuski sąd skazał niedawno dziesięć osób za zniesławienie osoby publicznej i pierwszej damy Francji, Brigitte Macron. W obu tych krajach tego rodzaju ograniczenia wolności słowa przywodzą na myśl słowa afrykańskiego dyktatora Idi Amina: „Istnieje wolność słowa, ale nie mogę zagwarantować wolności po słowie”. Gdy już można ograniczyć wolność słowa, kolejnym logicznym krokiem jest kontrola tożsamości osoby wypowiadającej się.
W miarę rozszerzania się regulacji dotyczących wypowiedzi rządy zwracają się ku czemuś jeszcze bardziej znaczącemu: systemom tożsamości cyfrowej. Unia Europejska opracowuje cyfrowy portfel tożsamości, który pozwoli obywatelom na uwierzytelnianie się w różnych usługach internetowych. Jednocześnie rządy zaczynają regulować, kto w ogóle może korzystać z przestrzeni cyfrowych. Podobne propozycje w Stanach Zjednoczonych mają na celu wprowadzenie wymogu zgody rodziców lub weryfikacji tożsamości przed umożliwieniem nieletnim dostępu do platform mediów społecznościowych.
Chociaż podobne regulacje są często przedstawiane jako środek ochrony dzieci przed szkodliwymi treściami, kierują one również komunikację cyfrową w kierunku systemów wymagających od uczestników weryfikacji ich tożsamości. Media społecznościowe istnieją od ponad dwóch dekad, a jednak dopiero teraz – gdy pokolenie Z wykorzystuje te platformy do organizowania się i wypowiadania się przeciwko korupcji, trudnościom ekonomicznym i niegospodarności rządów – rządy proponują nowe ograniczenia.
Anonimowość wypowiedzi, będąca fundamentem zachodniej cywilizacji, staje się coraz trudniejsza do zachowania. Gdy do udziału w dyskusji wymagana jest weryfikacja tożsamości, wypowiedź nie jest już czymś samodzielnym. To, co niegdyś wymagało jedynie zabrania głosu, teraz wymaga poświadczeń i identyfikacji.
W swojej powieści 1984, George Orwell przedstawił społeczeństwo, w którym państwo nie tylko karało wypowiedzi sprzeciwu po fakcie, ale starało się im zapobiegać, zanim jeszcze zdążyły zostać wygłoszone. Dzięki „Policji Myśli” obywatele byli monitorowani nie tylko pod kątem swoich działań, ale także pod kątem wszelkich odstępstw od oficjalnie sankcjonowanych idei. Współczesne demokracje wykazują podobną postawę, gdzie celem nie jest już tylko karanie wypowiedzi, ale kontrolowanie warunków, w jakich w ogóle mogą one mieć miejsce.
Prawo, które funkcjonuje dopiero po weryfikacji, rejestracji lub zatwierdzeniu, nie jest już prawem naturalnym – staje się działalnością reglamentowaną. Wolność słowa nigdy nie miała funkcjonować na zasadzie uzyskiwania zezwolenia. Podobnie jak oddychanie, istnieje ona przed jego zatwierdzeniem przez rząd. Prawo, o którego realizację musimy najpierw prosić, nie jest prawem.
Źródło ilustracji: pixabay
