Źródło: thedailyeconomy.org
Tłumaczenie: Jakub Juszczak
Dlaczego rewolucja amerykańska zakończyła się sukcesem, podczas gdy rewolucja francuska nie przyniosła oczekiwanych efektów? To doskonałe pytanie, które pojawia się niemal za każdym razem, gdy ktoś wygłasza wykład na temat jednego z tych przełomowych wydarzeń — lub obu naraz. Odpowiedź wymaga przeglądu zagadnień z zakresu filozofii, charakteru, religii i polityki. Najpierw ustalmy założenie leżące u podstaw samego pytania.
Rewolucja amerykańska osiągnęła cele, jakie wyznaczyli sobie jej inicjatorzy: niepodległość uzyskana od Wielkiej Brytanii, założenie republiki konstytucyjnej oraz rząd o ograniczonych uprawnieniach, skupiony na obronie wolności jednostki, przedsiębiorczości i własności. 250 lat później wciąż żyjemy w ramach tego systemu — i świętujemy go.
Wydawało się, że rewolucja francuska na starcie zapowiadała się obiecująco. Łącząc te dwa przewroty, markiz de Lafayette napisał (z pomocą Thomasa Jeffersona) zaledwie kilka dni przed szturmem na Bastylię w lipcu 1789 roku Deklarację praw człowieka i obywatela. Jednak trzy lata później Lafayette salwował się ucieczką, a rewolucja przerodziła się w falę przemocy i ucisku. Zamiast pokoju i wolności Francja powitała wojnę i dyktaturę pod rządami Napoleona Bonaparte. Kiedy w końcu został pokonany, kraj ponownie powrócił do monarchii. Francuzi, którzy w końcu nie mieli zbyt wiele do pokazania po swojej krwawej przygodzie, ponieśli straty w ludziach szacowane na trzydzieści do czterdziestu razy większe niż podczas wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych.
Czy Francja nie zniosła niewolnictwa w swoich koloniach w 1794 roku? Tak — tylko po to, by przywrócić je za panowania Napoleona osiem lat później. Trudno uznać rewolucję za sukces, jeśli tuż po wybuchu okrucieństwa jej najważniejsze osiągnięcia ulatniają się. Smutnym faktem jest, że Francja przeszła od jednej monarchii do drugiej, przebywszy śmiertelne koło przez jeden z najkrwawszych epizodów zdeprawowania w historii.
Starcie idei
Ameryka z pewnością skorzystała na ponad stuletnim okresie brytyjskiego „zbawczego zaniedbania”, zanim król Jerzy III i parlament rozpoczęli swoje szkodliwe ingerencje w latach 60. XVIII wieku. Począwszy od umowy z Mayflower z 1620 roku, kolonie amerykańskie wypracowały bogatą tradycję działania lokalnego samorządu, obejmującą wybieranie urzędników, pełnienie funkcji w ławach przysięgłych oraz udział w zebraniach miejskich. Francuzi natomiast od niepamiętnych czasów żyli pod rządami monarchii absolutnej. Pewną część chaosu, jaki nastąpił po ich rewolucji, można z pewnością przypisać brakowi doświadczenia politycznego. Podejrzewam jednak, że działały tu siły o jeszcze większym znaczeniu.
Jedną z najważniejszych różnic między tymi dwiema rewolucjami była filozofia. O czym myśleli rewolucjoniści i ich sympatycy w Ameryce w 1776 roku oraz we Francji w 1789 roku? Jakie idee —i czyje idee — skłoniły ich do chwycenia za broń?
Pod wieloma względami odpowiedź sprowadza się do rywalizacji między dwoma gigantami Oświecenia: Johnem Locke’em z Wielkiej Brytanii (1632–1704) i Jean-Jacques’em Rousseau z Francji (1712–1778).
Ideologia terroru
W swojej książce z 2007 roku pt. Liberalny faszyzm (ang. Liberal Fascism) komentator Jonah Goldberg przedstawia następującą obserwację:
(...)[T]o, co uczyniło rewolucję francuską pierwszą rewolucją faszystowską, to dążenie do przekształcenia polityki w religię. W tym zakresie rewolucjoniści czerpali inspirację z Rousseau, którego koncepcja woli ogólnej deifikowała naród, spychając jednostkę na dalszy plan.
Z filozoficznego punktu widzenia rewolucja francuska niemal od samego początku była skazana na porażkę. W zakresie, w jakim czerpała z myśli Rousseau, toczyła wojnę z naturą ludzką w takim samym stopniu w jakim była w konflikcie z arystokracją.
Wystarczy przyjrzeć się wyraźnym kontrastom między przywódcami rewolucji amerykańskiej a przywódcami rewolucji francuskiej, by łatwo dostrzec, który kraj został obdarzony bardziej wartościowymi postaciami. Gdyby Francja miała swojego Jerzego Waszyngtona, byłby nim markiz de Lafayette — jednak ten wcześnie ją opuścił — w samą porę, by uniknąć gilotyny. Pozostałe główne postacie rewolucji francuskiej były potworami skąpanymi we krwi. Chociaż wojna czasami wydobywała z niektórych to, co najgorsze, Ameryka nie miała odpowiedników francuskich rewolucjonistów z lat 90. XVIII wieku w postaci Robespierre’a, Babeufa, Saint-Justa i Marata. Nie miała też cynicznego Komitetu Bezpieczeństwa Publicznego, wysyłającego tysiące ludzi na państwową gilotynę.
Czy można sobie wyobrazić, by którykolwiek z 56 sygnatariuszy Deklaracji Niepodległości wypowiedział mrożącą krew w żyłach retorykę Louisa Antoine’a de Saint-Justa, prawej ręki Robespierre’a, znanego jako „Archanioł Terroru”? Stwierdził on:
Trzeba karać nie tylko zdrajców, ale nawet tych, którzy są obojętni; trzeba karać każdego, kto w republice pozostaje bierny i nic dla niej nie robi(...) Statek Rewolucji może dopłynąć do portu jedynie po morzu zabarwionym na czerwono strumieniami krwi(...) Naród rodzi się wyłącznie na stosach trupów.
Kiedy w zachodnim regionie Francji znanym jako Wandea wybuchło powstanie przeciw rewolucji, Paryż wysłał wojska, by go stłumić. Skutkiem tego było ludobójstwo, w trakcie którego zginęło co najmniej 170 000 osób.
Dlaczego Ameryka obrała inną drogę
Czy Waszyngton, Adams lub Franklin zgodziliby się na taką rzeź? Trudno to sobie wyobrazić.
Jest nieprawdopodobne, by Francuzi byli z reguły z gruntu złymi ludźmi, podczas gdy Amerykanie byli bez wyjątku cnotliwi. Jednak w dziesięcioleciach poprzedzających rok 1776 kolonie amerykańskie były przesiąknięte moralnymi i religijnymi prądami Wielkiego Przebudzenia — chrześcijańskiego odrodzenia, które kładło nacisk na samokontrolę, osobistą odpowiedzialność i powściągliwość.
Protestanckie wartości, takie jak samodoskonalenie poprzez ciężką pracę, prywatną przedsiębiorczość i oszczędność dóbr, pomogły ukształtować wczesny rozwój Ameryki. Natomiast we Francji rewolucja wyniosła na szczyty ludzi, którzy dążyli do władzy w celu przebudowy samego społeczeństwa. Ta impulsywna chęć przeobrażania innych za wszelką cenę nie zakorzeniła się we wczesnej Ameryce tak, jak miało to miejsce we Francji. Stany Zjednoczone nie powierzyły ludziom aparatu skoncentrowanej, usankcjonowanej siły, by następnie oczekiwać od nich, że będą z niej korzystać z umiarem. Wczesna Ameryka nie podzielała poglądu, że społeczeństwo można udoskonalić poprzez przymus.
Od samego początku rewolucja amerykańska miała węższy zakres niż rewolucja francuska. Amerykanie skupiali się na wzniosłym, ale stosunkowo ograniczonym celu: uniezależnieniu się od brytyjskiej władzy i przywróceniu władzy lokalnego samorządu. W rzeczywistości Ojcowie Założyciele ogólnie postrzegali misję nowego narodu jako kontrrewolucyjną w duchu. Dążyli oni do odzyskania tradycyjnych praw Anglików — praw, które, jak wierzyli, już posiadali, ale które zostały podważone przez Koronę i Parlament.
Rewolucja francuska natomiast dążyła do znacznie bardziej ambitnych celów. Jej przywódcy chcieli „zreformować” dosłownie wszystko i wszystkich. Rewolucjoniści z Paryża znieśli nawet kalendarz. Ich ideologiczni następcy w XX wieku, Czerwoni Khmerzy z Kambodży, postąpili tak samo, zastępując rok „1975” „Rokiem Zero”.
Rewolucjoniści we Francji dokonywali również prześladowań chrześcijaństwa, zabijając księży i plądrując kościoły w całym kraju. Postrzegali Kościół katolicki jako narzędzie królewskiej tyranii. W tej ocenie mieli przynajmniej w części rację. W Ameryce, gdzie kwitło wiele różnych wyznań, powiązania między Kościołem a państwem były znacznie słabsze. Ojcowie Założyciele nigdy nie widzieli potrzeby narzucania wiary ani podporządkowywania instytucji religijnych siłą.
Z perspektywy brytyjskiego parlamentarzysty Edmund Burke pochwalił ducha wolności, który ożywił francuskie przewroty, ale szybko dostrzegł, dokąd one zmierzają. Rewolucjoniści, jak napisał, byli to:
(…) najzdolniejsi twórcy zniszczenia, jacy dotąd pojawili się na świecie. W tym bardzo krótkim czasie całkowicie zburzyli swoją monarchię, swój kościół, swoją szlachtę, swoje prawo, swoje dochody, swoją armię, swoją flotę, swój handel, swoją sztukę i swoje rzemiosło… [istniało niebezpieczeństwo] naśladowania ekscesów irracjonalnej, pozbawionej zasad, prześladującej, konfiskującej, grabiącej, okrutnej, krwawej i tyranicznej demokracji.[1]
Aby Czytelnik nie uległ pokusie odrzucenia Burke’a jako zagranicznego krytyka nastawionego nieprzychylnie wobec Francji, warto zwrócić uwagę na francuskiego obserwatora Josepha de Maistre’a. W dziele Rozważania o Francji (1796), powszechnie uznawanym za jedną z najwnikliwszych analiz rewolucji tamtego okresu, napisał on – pomimo swojej wrogości wobec idei Oświecenia – że:
(…) i tak tym, co odróżnia rewolucję francuską, co czyni ją wyjątkowym wydarzeniem w historii, jest fakt, że jest ona do cna zła. Oko obserwatora nie znajdzie w niej na otuchę ani jednej cząstki dobra - jest ona najwyższym poznanym stopniem zepsucia, jest to czysta nieczystość.(…)
(…) By wywołać rewolucję francuską, trzeba było pozbyć się religii, przeciwstawić się normom moralnym, naruszyć wszelką własność, dopuścić się każdej zbrodni. To dzieło diabła wymagało zaangażowania tylu występnych ludzi, że prawdopodobnie nigdy wcześniej nie działało naraz tyle występków, by zło jakieś wyrządzić.(…)[2]
Zarówno rewolucja amerykańska, jak i rewolucja francuska obiecywały „władzę dla ludu”.
Ostatecznie to ta pierwsza ją zapewniła. Ta druga przyniosła znacznie więcej krwi i chaosu niż wolności, równości, czy braterstwa.
Źródło ilustracji: pixabay
